sobota, 28 czerwca 2014

Dzień 32. Olveiroa - Finisterre (32 km).

Z "Dziennika podróży":
1.09.2013
Rano wstajemy jak zwykle na dźwięk budzika Dosi nastawionego na 5:30. Niestety, budzi on także jakiegoś szalonego Włocha, który urządza nam awanturę (po włosku...), a potem wściekły wypada na dwór. Przez okno widzimy, jak wyładowuje swoją złość... kopiąc latarnię uliczną. xDD Wyruszamy z Friedrichem jeszcze po ciemku (to pierwszy raz, kiedy opuszcza schroniska tak wcześnie), czyli o... siódmej rano. :D Idziemy praktycznie przez cały czas razem, aż wreszcie z oddali dostrzegamy Finisterrę. Najpierw jednak schodzimy do Cee, gdzie kupujemy prowiant - mimo że dziś niedziela, po prostu tego dnia jest tam czynny targ, więc sklepy też pracują. :D Robimy też tam długą przerwę na plaży, gdzie spotykamy grupę czterech młodych Hiszpanek, które wczoraj dotarły do albergue jeszcze po Friedrichu i też spały w kuchni. Musiał on przypaść jednej z nich do gustu, bo upiera się, żeby wysmarować go kremem przeciwsłonecznym (Friedricha, który programowo odmawia stosowania takich zbytków!), a potem, starając się mu zaimponować i wyczuwając jego zainteresowanie muzyką, uczy go grać na... aluminiowej puszce po moim 7upie. Na tym koncercie i my skorzystałyśmy, bo muszę przyznać, że nieźle jej szło to muzykowanie, a głos też miała niczego sobie. :) Dzielimy się z dziewczynami naszymi planami dotyczącymi spania na plaży w Finisterre (moje wielkie caminowe marzenie ma się wreszcie spełnić!), a one wstępnie deklarują chęć dołączenia do nas. Potem zostawiamy je na razie na plaży, a sami ruszamy dalej w stronę końca świata - dyskutując oczywiście o życiu i śmierci. ;) Wreszcie docieramy Plai de la Langosteiry, czyli praktycznie jesteśmy już na miejscu. Najpierw idziemy wzdłuż niej, zbierając muszelki, a potem postanawiamy się wykąpać, jak przystało na pielgrzymów, którzy dotarli do Finisterre. Potem rozdzielamy się - mamy się spotkać na zachodzie słońca pod latarnią znajdującą się na końcu przylądka. Dosia i ja idziemy do albergue, odbieramy Finisterriany (czyli zaświadczenia potwierdzające dotarcie do Finisterre), a w kolejce spotykamy Litwina, który szokuje nas swoim zachowaniem - nie krzywi się na wieść, że jesteśmy z Polski, ale wyraża szczerą radość ze spotkania z mieszkankami sąsiedniego państwa. Potem ja ruszam pod latarnię na spotkanie z Friedrichem, a Dosia idzie na mszę do kościoła, po której ma do nas dołączyć. Na końcu świata jakaś pani proponuje mi na widok mojego aparatu, że zrobi mi zdjęcie z tamtejszym słupkiem kilometrowym z napisem "0,00 km", na co ochoczo przystaję. Potem idę do latarni po pieczątkę do credenciala - okazuje się, że mam przy sobie tylko dosiny. Ostatecznie stwierdzam, że lepiej mieć pieczątkę z Finisterre w paszporcie Dosi niż nie mieć wcale, więc to u niej ląduje mój stempelek. :) Odnajduję Friedricha, siadamy na skałach i szykujemy się na zachód słońca, znów dyskutując o życiu i śmierci. ;) Dosia nie dociera do nas na czas, ale spotykamy się, gdy słońce znika już za horyzontem i okazuje się, że udało jej się zdążyć na zachód, tylko nie miała już czasu nas szukać na skałach. Spotykamy też młode Hiszpanki, które patrzą na Dosię i mnie dość zawistnie i informują nas, że jednak zdecydowały się na nocleg w albergue. Potem ruszamy wspólnie na plażę - Friedrich był tam już wcześniej, żeby zrobić rekonesans - na której mamy spać. Okazuje się, że przez cały rok stoi na niej rządek namiotów, bo ludzie tam mieszkają, a latem dostawia się ich sporo więcej z sezonowymi gośćmi. Próbujemy postawić też nasz namiot, ale na sypkim piasku jest to sprawa z góry skazana na porażkę, odpuszczamy więc i postanawiamy spać pod gołym niebem. Tym samym spełnia się moje drugie marzenie caminowe o nocy spędzonej pod gwiazdami. :) Wieczorem pijemy z Dosią cydr, który kupiłyśmy w Cee, a potem zasypiamy ukołysane do snu szumem fal.
***

Spotkani na Camino
Niemka spotkana w albergue w Olveiroi - Camino pokonuje z papierosami przytroczonymi do plecaka, bo pali praktycznie non-stop. :) Drogę zaczęła w Barcelonie i robiła Camino Catalan, ale potem... dobiła do Camino Frances, bo te szlaki się łączą. Mówi, że na Catalan było bardzo trudno, bo brakuje tam infrastruktury i oznakowań, a przez większość czasu idzie się po asfalcie, więc w przeciwieństwie do nas ucieszyło ją dotarcie do Drogi Francuskiej.

W drodze.
Wschód słońca.
Cee.
Z tyłu widok na Finisterre.
Playa de Langosteira.
Droga na przylądek - bardzo niebezpieczna, bo dla pieszych nie przewidziano żadnego chodnika.
Pod kamieniami, na których siedzieliśmy, sporo było pozostawianych starych rzeczy. Friedrich znalazł między innymi parasol. ;)
I na koniec - zdjęcie zachodu słońca widzianego z przylądka Finisterre. :)